czwartek, 31 grudnia 2009

Szczęśliwego Nowego Roku 2010!




 Życzę Wam wszystkim szampańskiej zabawy sylwestrowej i udanego wskoku do nowego roku.

Niech spełnią się Wasze najskrytsze marzenia i pragnienia.

Nie traćcie nigdy wiary i nadziei.

Spełniajcie się w życiu osobistym i zawodowym.

Zapraszam do siebie w Nowym Roku 2010!

Niech będzie dla nas przełomowy!!!

środa, 30 grudnia 2009

Praca nie zając, nie ucieknie, czyli o profesjonalnym podejściu do pracy

Podejście niektórych osób do swych zawodowych obowiązków jest naprawdę żenujące.


Byłam dziś z moim Mężczyzną na ostatnich przedsylwestrowych zakupach.
Nie wiem czy to zasługa minionych Świąt, czy też nadchodzącego Nowego Roku, ale doprawdy byłam zdumiona zachowaniem ludzi. Większość z nich uśmiechnięta i miła.
Często było słychać przepraszam, proszę, dziękuję. Żadnych większych przepychanek i wyścigów do kas. Nawet nikt nie przejechał mi wózkiem po nogach!
A pani kasjerka! Przesympatyczna. Żartowała i nawet życzenia Noworoczne złożyła. Jednak świat jeszcze nie oszalał, a ludzie nie zgubili się w codziennym pędzie i stresie.


Iście sielankową atmosferę popsuły panie z obsługi klienta. Staliśmy chyba z 10 minut, czekają, aż łaskawe damy zechcą dostrzec naszą obecność, a one nic. Jakby nas nie było! Plotkowały na dobre. W końcu mój Mężczyzna przywołał je do porządku: ”Czy panie przyszły tu do pracy, czy też może na pogaduchy?”
Ja rozumiem, że miały ochotę otworzyć buzię do koleżanki. No, ale może warto, by też przypomnieć sobie, w jakim celu przyszło się do pracy?


Kolejne kroki skierowaliśmy do operatora sieci komórkowej celem podpisania nowej umowy. Ludzi było wyjątkowo sporo, jakby rozdawali darmowe butelki szampana!
Odebraliśmy z automatu bilet i usiedliśmy. Czekaliśmy ponad pół godziny. Zamknięto już drzwi dla wchodzących. W końcu nadeszła nasza kolej.
Pani, która wyświetliła nasz numerek, była jakby lekko oszołomiona faktem, że jeszcze ktoś raczył do niej podejść. A jeszcze przed chwilą z uśmiechem od ucha do ucha zabawiała dziecko poprzednich klientów. Może gdyby darowała sobie takie umizgi obsługa petentów szłaby jej znacznie szybciej.
Rzuciła przed nami ulotkę i wyrecytowała zdenerwowanym głosem jakąś formułkę, zupełnie dla nas niezrozumiałą. Jakież było jej zdziwienie i oburzenie, gdy ośmieliliśmy się mieć parę pytań. Nie raczyła na nie odpowiadać, lecz rzekła: „Wchodzicie Państwo 3 minuty przed zamknięciem salonu…” Nie dałam jej dokończył. Przedstawiłam bilet z automatu, na którym czarno na białym widniało, że próg salonu przekroczyliśmy 33 minuty wcześniej. Pani oblała się buraczanym rumieńcem. A ja rzuciłam do mojego Partnera głośno, by cały salon usłyszał; „Chodźmy, nie będziemy zabierać Pani cennego czasu”.


Moje ostatnie miejsce pracy stanowiła recepcja. Byłam w niej na pół godziny przed rozpoczęciem obowiązków. Mieszkałam jeszcze wtedy nie dość, że pod miastem, to hen daleko pod lasem, gdzie komunikacja miejska nie dojeżdżała. Szłam pół godziny do autobusu, który jeździł raz na godzinę. Miałam do wyboru być w pracy 30 minut wcześniej lub tyleż samo się spóźnić. Wybrałam tę drugą opcję.
Rzadko też zdarzało mi się wychodzić punkt 16.Zawsze znalazł się jakiś spóźniony i zagubiony klient lub pracuś, któremu należało przypomnieć, iż należy zamknąć pokój, zdać klucze i iść do domu.
Nie narzekałam jednak z tych powodów, ani nie obrażałam się na cały świat.
Zawsze, w każdej pracy starałam się wypełniać powierzone mi zadania skrupulatnie i dokładnie. Szanowałam też czyjąś pracę, czas i pieniądze. Dlatego też doprawdy drażnią mnie osoby, które uważają, że są w swoim miejscu za karę. Życzę im powodzenia, choć myślę, że z takim nastawieniem, to raczej ich kariera zawodowa nie sięgnie szczytów.







                                           

czwartek, 24 grudnia 2009


Wszystkim, którzy zawędrowali na mój blog życzę magicznych Świąt otulonych śnieżnym puchem, szczęściem, miłością, radością, zdrowiem.
Niech przyniosą wszystko, co najpiękniejsze i najważniejsze.
Oby upłynęły w atmosferze ciepłej, rodzinnej, serdecznej i pogodnej.
Niech nikomu niczego nie zabraknie! Niech spełniają się życzenia w ten cudowny, piękny czas!


                             



                                  


niedziela, 20 grudnia 2009

Hey-ho.pl – zobacz nowy Serwis Społecznościowy dla pracowników i pracodawców




Hey-ho.pl  – zobacz nowy Serwis Społecznościowy dla pracowników i pracodawców




Grupa organizacji pozarządowych uruchomiły serwis społecznościowy – www.hey-ho.pl - Praca, Pracownik, Pracodawca.




 [Strona Główna Serwisu ] ↓↓





Serwis ma charakter innowacyjny. Będzie tworzył prawdziwy internetowy rynek pracy - poprzez publikowanie ogłoszeń oraz wystawianie opinii na temat pracowników i pracodawców.




[tak wyglądać może Twój profil] ↓↓↓



Za wykonaną pracę ogłoszeniodawca otrzymuje opinię, która wpływa na rangę profilu.




[Kliknij podkreślenie celem zobaczenia opinii]





Celem hey-ho.pl jest też przyciągnięcie klientów, którzy będą chcieli budować swoją reputację na rynku lub korzystać z usług osób sprawdzonych i polecanych przez innych. W założeniu twórców hey-ho.pl Serwis charakteryzować się maksymalną prostotą użytkowania i przyjaznym oraz indywidualnym podejściem do użytkownika.


WWW.hey-ho.pl oprócz zachęcania fachowców średniego szczebla do prezentowania swoich umiejętności, stwarzania możliwości dorabiania sobie do pensji po godzinach oraz docierania do osób wykluczonych z rynku pracy – zatrudnia headhunterów udzielających użytkownikom darmowych rad. Właściciele hey-ho.pl planują, że nowy serwis, ze względu na swoje nowatorstwo i przydatność na rynku pracy trafi do ścisłej czołówki serwisów społecznościowych i ogłoszeniowych w Polsce.


Te plany są całkiem realistyczne, ponieważ serwis stawiający na to, że każdy użytkownik Internetu posiada jakieś talenty mogące być użyteczne dla innych, jest internetową pocztą pantoflową wypełniającą lukę pomiędzy serwisami służącymi do zarabiania (ogłoszeniowymi) a typowymi serwisami społecznościowymi (rozrywkowo-towarzyskimi).


[A tak wyglądają ogłoszenia]





Fundacja Aktywizacji zawodowej TRUCKER wraz ze swoimi partnerami NGO’s i sponsorami, posiadają jeszcze ten atut, że ich hey-ho.pl jest projektem non-profit. Z tego względu  uczestniczenie w tej społeczności fachowców  nie wiąże się z żadnymi opłatami. Nic dziwnego, że propozycja spotyka się z coraz większym zainteresowaniem wśród bezrobotnych, organizacji charytatywnych i zrzeszeń pracodawców.


Wkrótce rozpoczyna się kampania wirusowa hey-ho.pl w mediach. W nią wpisał się mój blog

















Powstaje też komiks promujący serwis.












Wszystko po to by dotrzeć do osób szukających środków do życia oraz środowisk pracodawców.






Jako Blogerka-Partner tego Serwisu, rekomenduję zaproponowany przez www.hey-ho.pl nowatorski sposób docierania do pracodawców (poprzez budowanie swojej reputacji na rynku pracy) i zapraszam do pomocy w promocji serwisu oraz do umieszczania bezpłatnych ogłoszeń.






Co jakiś czas, będę informowała o funkcjonalnościach hey-ho.pl i dzieliła się swoimi spostrzeżeniami na temat serwisu. Pod takimi postami AdminPortalu www.hey-ho.pl obiecał udzielać odpowiedzi na wszelkie pytania użytkowników.

sobota, 19 grudnia 2009

Pasja zwana pracą



Święta tuż, tuż…Pierwsze płatki śniegu spadły z nieba. Biały puch okrył ziemię. Dziadek Mróz też się o nas zatroszczył, może nawet za bardzo. Zrobiło się bajkowo i oby ten urokliwy krajobraz wytrwał do Świąt i dodał im magicznego uroku,(choć mróz mógłby trochę odpuścić). Z wystaw sklepów uśmiechają się do nas Mikołaje i migocą wesoło kolorowe światełka. No, ale w handlu Bożonarodzeniowe Święta to już trwają od 2 – go listopada:) Ledwie zniknęły z półek znicze, a już na ich miejsce wskoczyły świąteczne ozdoby. Jeszcze trochę i będą stały obok siebie, a jak dla mnie to trochę niesmaczne. Poza tym wydaje mi się, że kiedy „trąbią” o Bożym Narodzeniu tuż po Zaduszkach, to czas między tymi okresami biegnie jeszcze szybciej. A przecież i tak ciągle nam go brakuje.


Żądza pieniądza handlowców robi swoje, ale w ostatnich latach żaden z nich nie skusiłby mnie żadną promocją do myślenia o Gwiazdce na początku listopada. Absorbowały mnie inne wydarzenia. W tym roku dopiero, co uporałam się z przeprowadzką do nowego lokum, które wciąż jeszcze wygląda jakby przeszło po nim tornado.
W ubiegłym zaś byłam w szpitalu i czekałam na wynik rezonansu magnetycznego głowy. Niestety, ale zły los znów się uaktywnił i zrobił mi przykrą niespodziankę pod postacią tykającej bomby zegarowej – tętniaka. Jednakże na mojej drodze pojawili się ludzie, którzy z pasją i sercem wykonują swoje zawodowe obowiązki, za co będę im dozgonnie wdzięczna
Musiałam szybko poddać się operacji, gdyż mój nieproszony gość mógł w każdej chwili pęknąć i się rozlać, a wtedy…
Nie panikowałam przed operacją. Wiele dobrego słyszałam o lekarzu, który miał pokroić moją główkę. Jego nazwisko(Papierz:))również dodawało mi otuchy. Jak daleko płynie sława o Nim przekonałam się, gdy poszłam kupić chustę na głowie, by móc zakrywać nią ogoloną i pozszywaną czaszkę. Ekspedientka, gdy dowiedziała się, w jakim celu dokonuję zakupu, a potem spytała, kto będzie dokonywał tego czynu, powiedziała: „Nie ma się pani, czego obawiać. Idzie pani do dobrego szpitala, gdzie są prawdziwi specjaliści. Operowali tam mojego męża. Postawili go na nogi, a miał poważne problemy z kręgosłupem. A doktor Papiez to fachowiec od tętniaków”.


No i rzeczywiście doktor okazał się fantastycznym człowiekiem, mającym zawsze czas dla pacjenta, potrafiącym uspokoić nawet najbardziej przestraszonych(moją Mamę:)), chętnie odpowiadającym na wszelkie pytania. Ma złote serce i ręce, które na szczęście nie zadrżały. Wszystko poszło sprawnie i bezproblemowo. Widać, że praca neurochirurga i chęć niesienia pomocy jest Jego powołaniem.




Dziś skończyłam dwutygodniową rehabilitację. Spędzałam w przychodni po kila godzin dziennie na ćwiczeniach i zabiegach. I mimo, iż byłam jedyną, „dziestką”(szkoda, że już nie„nastką’) wśród staruszków, to czułam się tam bardzo miło i przyjemnie. A wszystko dzięki paniom rehabilitantkom, które zawsze uśmiechnięte dbają o to, by każdy pacjent został obsłużony szybko, sprawnie i dobrze. Widać, że lubią to, co robią.




Kilka godzin temu wróciłam od mojej stomatolog, która jak zwykle przyniosła ukojenie w bólu i cierpieniu. Jest bardzo delikatna i czasie, gdy łata dziurki tak potrafi „zagadać” człowieka, że ten zapomina, iż siedzi właśnie na fotelu dentystycznym. Od zawsze chciała pomagać innym, no i tak też czyni.


Większe szczęście mam do dobrych lekarzy (choć i z tymi różnie bywało, ale to temat na odrębny post) niż do pracodawców, ale z dwojga złego;) wolę, aby tak pozostało. Strach pomyśleć, co by było gdyby sytuacja wyglądała odwrotnie.


Wielkim szczęściem jest móc robić to, co się lubi i jeszcze dostawać za to pieniądze. Praca jest wówczas nie tylko obowiązkiem, ale również przyjemnością. Staje się nawet pasją.
Wiem, że żyjemy w czasach, w których niestety nie zawsze praca w wymarzonym zawodzie jest możliwa do zrealizowania. Warto jednak starać się dążyć do tego, by móc znaleźć swe miejsce na ziemi, poczuć się szczęśliwym i spełnionym w sferze zawodowej, robić to, co się kocha. Z pasją oraz zgodnie ze swymi umiejętnościami i predyspozycjami zawodowymi.


Ostatnio znalazłam takich ludzi na portalu hey-ho.pl. Ci, co go powołali do życia, to prawdziwi pasjonaci, którzy chcą stworzyć niezależny rynek pracy i pomagać w znalezieniu zatrudnienia tym, co go szukają. Na Szefa Projektu Hey-ho.pl i jednocześnie Admina zawsze można liczyć. Zresztą sprawdźcie sami.


Wiele osób, które zamieściło na hey-ho.pl. swoje ogłoszenie również jest fachowcami w swej dziedzinie. Wiedzą, co chcą w życiu robić, mają swoje zawodowe pasje.


Do moich lekarzy – pasjonatów- fachowców nie będę Was odsyłać. Bo i po co, lepiej bądźcie zdrowi. Za to na ten portal ruszajcie z kopytka już dziś - być może tam odnajdzie Was Wasz przyszły pracodawca.




A jeśli dobrze poszukacie, mnie też na hey-ho.pl. znajdziecie;)

wtorek, 15 grudnia 2009

Polskie obozy pracy na miarę XXI wieku

Rzadko oglądam TV, a już wiadomości prawie w ogóle. Może jestem przez to zacofana i żyję w innym świecie, ale może jest to lepszy świat? Mój układ nerwowy nie trawi kolejnych kłótni na Wiejskiej, przykładów absurdów dnia codziennego, bezdusznych urzędników, wyrodnych matek. Nie wiem jak można jedząc obiad słuchać o porzuconych i maltretowanych dzieciach, gwałtach, morderstwach etc.
Za to mój narzeczony oglądałby serwisy informacyjne najchętniej, co godzinę. W ten oto sposób, mimochodem, usłyszałam o Filipinkach, które przyjechały do naszego kraju, by uczciwie zarobić. Tymczasem trafiły do pracodawcy, który traktował je jak niewolnice. Kobiety pracowały ponad swoje siły, siedem dni w tygodniu, kilkanaście godzin dziennie…Na dodatek za śmieszne wynagrodzenie. Zrozpaczone, wymęczone, oszukane, niedożywione i przemarznięte uciekły z pomocą redaktora. I znów Polska zabłysnęła czarnym blaskiem…


Myślałam,że żyjemy w XXI wieku i cywilizowanym kraju, że czasy niewolnictwa już dawno minęły, a tu proszę, informacje jak ze średniowiecznej epoki.


Z kolei całkiem niedawno przeczytałam artykuł o nastolatkach, którzy chcieli dorobić w okresie wakacyjnym zajmując się kolportażem ulotek. Pracowali w 30 – stopniowym upale po 10 godzin, a potem pod byle pretekstem byli zwalniani bez wypłaty należnych wynagrodzeń. To była ich pierwsza praca! Niestety brutalna rzeczywistość pokazała, że wpajane im wartości typu ‘uczciwością i pracą ludzie się bogacą”, nijak mają się do panującej w naszym kraju rzeczywistości.


Myślę, że takie przypadki można by mnożyć w nieskończoność, że większość z nas ma za sobą przykre doświadczenia z pracodawcami.


Niestety, ja również zaliczam się do tego grona…
Swoją przygodę z pracą rozpoczęłam w koreańskiej firmie, zajmującej się produkcją części do sprzętu AGD i RTV. Posadzono mnie przy maszynie, która chlapała na twarz smarem i w każdej chwili mogła się rozpaść na części pierwsze uszkadzając przy tym elementy mego ciała. Maszyny były w opłakanym stanie, wymagały ciągłej naprawy. Pracowaliśmy za najniższe wynagrodzenie, ale wciąż wymagano od nas byśmy zwiększali swoją wydajność, co na takim sprzęcie graniczyło z cudem. Koreańska prawa ręka szefa stawała przy nas ze stoperem i wciąż żądała 300% normy. Sam boss obserwował nas zza szklanej ściany swego gabinetu. Nie wolno nam było się odzywać, a każde wyjście do toalety (wpisywaliśmy je w zeszyt) musieliśmy odrobić. Z dnia na dzień dowiadywaliśmy się, na którą godzinę mamy stawić się w pracy (np. kończyliśmy o godzinie 22 i „zapraszano” nas na 6 rano dnia następnego). Kiedy przyszła zima na sali produkcyjnej było tak zimno, że pracowaliśmy w rękawiczkach.
O premiach, nagrodach, awansach czy świątecznych paczkach mogliśmy tylko pomarzyć. Najbardziej bolało nas to, że to obcokrajowcy w naszej Polsce nas tak traktują...W takich „przyjaznych” warunkach wytrzymałam rok. Dziś zastanawiam się, dlaczego aż tyle. W końcu zaczęłam podupadać na zdrowiu i przestało mi zależeć na tej pracy. Może, dlatego któregoś dnia nie wytrzymałam i zbuntowałam się. Tego dnia poprosiłam prawą rękę szefa o możliwość skorzystania z toalety(oprócz wpisu do zeszytu musieliśmy się meldować, gdy chcieliśmy załatwić swoje potrzeby fizjologiczne). A ten oznajmił mi surowym językiem, łamaną polszczyzną i z miną kota nieogarniającego kuwety zwanej pustynią, że muszę wytrzymać do przerwy. Cóż za łaskawca! Powiedziałam, że idę teraz, odwróciłam się na pięcie i wyszłam, zostawiając go w otępieniu równym maszynom, na których pracowałam. Oczywiście mój bunt szybko został doceniony i nasza współpraca zakończyła się.


Kilka miesięcy temu słyszałam, że szef firmy koreańskiej, sąsiadującej piętrami z moim zakładem pracy, przez kilka miesięcy nie wypłacał pensji, aż w końcu się ulotnił. Zostawił ludzi nie tylko bez środków do życia, ale również z nierozwiązanymi umowami, przez co nie mogli zatrudnić się u kolejnych pracodawców, ani zarejestrować w urzędach pracy.


Kolejne miejsca pracy były mniej lub bardziej przyjazne(raczej ta pierwsza opcja). Coraz bardziej podupadałam na zdrowiu, aż stałam się osobą niepełnosprawną. Trafiłam do Zakładu Pracy Chronionej, ale i tu okazało się, że szef nie należy do wzorcowych przykładów, a prawa pracownika był chronione tylko z nazwy. Tygodniami czekaliśmy na pensję, za którą wystawaliśmy w kilkugodzinnometrowych kolejkach pod drzwiami gabinetu prezesa, który w tym czasie za nasze pieniądze wybierał nową kanapę i budował ośrodek wypoczynkowy w górach. Nie rzadko pieniędzy wystarczało tylko dla kilku pierwszych osób, reszta musiała odchodzić z kwitkiem. Na szczęście atmosfera wśród pracowników była naprawdę wyjątkowa i ten, któremu akurat udało się dostać wypłatę pożyczał mniejszym szczęściarzom. Czasami mięliśmy ochotę zrobić wielkie pospolite ruszenie. Naprawdę nie wiem, co nas powstrzymywało. Stres związany z brakiem stabilizacji finansowej zaostrzył objawy mojej choroby. Po kilku miesiącach zwolnienia i pobytach w szpitalach przeszłam na rentę.
Jeszcze długo po rozstaniu z tym pracodawcą walczyłam o wypłatę zaległych pieniędzy(wypłaty, odprawy, ekwiwalentu za urlop). Byli tak pazerni i zachłanni, że chcieli mnie oszukać z ilością wykorzystanego urlopu, używając przy tym beznadziejnych argumentów. Nawet świadectwa pracy nie potrafili poprawnie wypisać(podobnie jak koreańskie cwaniaki). No cóż, ten typ chyba tak już ma. Gdyby nie fakt, iż moje samopoczucie nie było najlepsze, to zapewne zaciągnęłabym ich do sądu pracy.


Renta, jak to renta, nie wystarcza nawet na waciki i pewnie na najbliższej komisji lekarskiej lekarz orzecznik bardzo przyjaznej ludziom instytucji, zwanej ZUS – em, stwierdzi, że mamy wspaniałych lekarzy – cudotwórców, którzy doprowadzili mnie do tak świetnej formy fizycznej, że mogę nawet w kamieniołomach pracować.
Zaczęłam, więc szukać pracy zdalnej, ale i w wirtualnej rzeczywistości znalazł się pracodawca, który stwierdził, że praca bez wynagrodzenia za wykonane obowiązki jest czymś jak najbardziej normalnym.


Tak, więc wciąż szukam telepracy, która pozwoliłaby mi rozwijać się, spełniać cele i marzenia…,która pozwoliłaby mi żyć na minimalnym poziomie i uwierzyć, że nie wszyscy, którzy są przy korycie, (tzw. pracodawcy)zachowują się jak świnie, nie ujmując tym zwierzakom. Wysyłam dokumenty aplikacyjne, przeglądam ogłoszenia, umieszczam anonse…


No, właśnie, teraz będzie coś pozytywnego na koniec. Całkiem niedawno odkryłam bardzo fajną stronę, gdzie można nie tylko umieścić swoje ogłoszenie informując cały świat, że poszukujemy pracy, ale np. skorzystać z bezpłatnej porady headhuntera. Kto to taki? Zajrzyjcie na www.hey-ho.pl . Gorąco polecam na zimowe wieczory i nie tylko…Być może tam odnajdzie mnie mój przyszły pracodawca?


A z okazji nadchodzących Świąt życzę wszystkim nieuczciwym pracodawcom, chcącym się wzbogacić na krzywdach i oszustwach oraz wszelkich matactwach, by ten, co przez komin w Wigilię wchodzi po stokroć im te czyny wynagrodził…