wtorek, 15 grudnia 2009

Polskie obozy pracy na miarę XXI wieku

Rzadko oglądam TV, a już wiadomości prawie w ogóle. Może jestem przez to zacofana i żyję w innym świecie, ale może jest to lepszy świat? Mój układ nerwowy nie trawi kolejnych kłótni na Wiejskiej, przykładów absurdów dnia codziennego, bezdusznych urzędników, wyrodnych matek. Nie wiem jak można jedząc obiad słuchać o porzuconych i maltretowanych dzieciach, gwałtach, morderstwach etc.
Za to mój narzeczony oglądałby serwisy informacyjne najchętniej, co godzinę. W ten oto sposób, mimochodem, usłyszałam o Filipinkach, które przyjechały do naszego kraju, by uczciwie zarobić. Tymczasem trafiły do pracodawcy, który traktował je jak niewolnice. Kobiety pracowały ponad swoje siły, siedem dni w tygodniu, kilkanaście godzin dziennie…Na dodatek za śmieszne wynagrodzenie. Zrozpaczone, wymęczone, oszukane, niedożywione i przemarznięte uciekły z pomocą redaktora. I znów Polska zabłysnęła czarnym blaskiem…


Myślałam,że żyjemy w XXI wieku i cywilizowanym kraju, że czasy niewolnictwa już dawno minęły, a tu proszę, informacje jak ze średniowiecznej epoki.


Z kolei całkiem niedawno przeczytałam artykuł o nastolatkach, którzy chcieli dorobić w okresie wakacyjnym zajmując się kolportażem ulotek. Pracowali w 30 – stopniowym upale po 10 godzin, a potem pod byle pretekstem byli zwalniani bez wypłaty należnych wynagrodzeń. To była ich pierwsza praca! Niestety brutalna rzeczywistość pokazała, że wpajane im wartości typu ‘uczciwością i pracą ludzie się bogacą”, nijak mają się do panującej w naszym kraju rzeczywistości.


Myślę, że takie przypadki można by mnożyć w nieskończoność, że większość z nas ma za sobą przykre doświadczenia z pracodawcami.


Niestety, ja również zaliczam się do tego grona…
Swoją przygodę z pracą rozpoczęłam w koreańskiej firmie, zajmującej się produkcją części do sprzętu AGD i RTV. Posadzono mnie przy maszynie, która chlapała na twarz smarem i w każdej chwili mogła się rozpaść na części pierwsze uszkadzając przy tym elementy mego ciała. Maszyny były w opłakanym stanie, wymagały ciągłej naprawy. Pracowaliśmy za najniższe wynagrodzenie, ale wciąż wymagano od nas byśmy zwiększali swoją wydajność, co na takim sprzęcie graniczyło z cudem. Koreańska prawa ręka szefa stawała przy nas ze stoperem i wciąż żądała 300% normy. Sam boss obserwował nas zza szklanej ściany swego gabinetu. Nie wolno nam było się odzywać, a każde wyjście do toalety (wpisywaliśmy je w zeszyt) musieliśmy odrobić. Z dnia na dzień dowiadywaliśmy się, na którą godzinę mamy stawić się w pracy (np. kończyliśmy o godzinie 22 i „zapraszano” nas na 6 rano dnia następnego). Kiedy przyszła zima na sali produkcyjnej było tak zimno, że pracowaliśmy w rękawiczkach.
O premiach, nagrodach, awansach czy świątecznych paczkach mogliśmy tylko pomarzyć. Najbardziej bolało nas to, że to obcokrajowcy w naszej Polsce nas tak traktują...W takich „przyjaznych” warunkach wytrzymałam rok. Dziś zastanawiam się, dlaczego aż tyle. W końcu zaczęłam podupadać na zdrowiu i przestało mi zależeć na tej pracy. Może, dlatego któregoś dnia nie wytrzymałam i zbuntowałam się. Tego dnia poprosiłam prawą rękę szefa o możliwość skorzystania z toalety(oprócz wpisu do zeszytu musieliśmy się meldować, gdy chcieliśmy załatwić swoje potrzeby fizjologiczne). A ten oznajmił mi surowym językiem, łamaną polszczyzną i z miną kota nieogarniającego kuwety zwanej pustynią, że muszę wytrzymać do przerwy. Cóż za łaskawca! Powiedziałam, że idę teraz, odwróciłam się na pięcie i wyszłam, zostawiając go w otępieniu równym maszynom, na których pracowałam. Oczywiście mój bunt szybko został doceniony i nasza współpraca zakończyła się.


Kilka miesięcy temu słyszałam, że szef firmy koreańskiej, sąsiadującej piętrami z moim zakładem pracy, przez kilka miesięcy nie wypłacał pensji, aż w końcu się ulotnił. Zostawił ludzi nie tylko bez środków do życia, ale również z nierozwiązanymi umowami, przez co nie mogli zatrudnić się u kolejnych pracodawców, ani zarejestrować w urzędach pracy.


Kolejne miejsca pracy były mniej lub bardziej przyjazne(raczej ta pierwsza opcja). Coraz bardziej podupadałam na zdrowiu, aż stałam się osobą niepełnosprawną. Trafiłam do Zakładu Pracy Chronionej, ale i tu okazało się, że szef nie należy do wzorcowych przykładów, a prawa pracownika był chronione tylko z nazwy. Tygodniami czekaliśmy na pensję, za którą wystawaliśmy w kilkugodzinnometrowych kolejkach pod drzwiami gabinetu prezesa, który w tym czasie za nasze pieniądze wybierał nową kanapę i budował ośrodek wypoczynkowy w górach. Nie rzadko pieniędzy wystarczało tylko dla kilku pierwszych osób, reszta musiała odchodzić z kwitkiem. Na szczęście atmosfera wśród pracowników była naprawdę wyjątkowa i ten, któremu akurat udało się dostać wypłatę pożyczał mniejszym szczęściarzom. Czasami mięliśmy ochotę zrobić wielkie pospolite ruszenie. Naprawdę nie wiem, co nas powstrzymywało. Stres związany z brakiem stabilizacji finansowej zaostrzył objawy mojej choroby. Po kilku miesiącach zwolnienia i pobytach w szpitalach przeszłam na rentę.
Jeszcze długo po rozstaniu z tym pracodawcą walczyłam o wypłatę zaległych pieniędzy(wypłaty, odprawy, ekwiwalentu za urlop). Byli tak pazerni i zachłanni, że chcieli mnie oszukać z ilością wykorzystanego urlopu, używając przy tym beznadziejnych argumentów. Nawet świadectwa pracy nie potrafili poprawnie wypisać(podobnie jak koreańskie cwaniaki). No cóż, ten typ chyba tak już ma. Gdyby nie fakt, iż moje samopoczucie nie było najlepsze, to zapewne zaciągnęłabym ich do sądu pracy.


Renta, jak to renta, nie wystarcza nawet na waciki i pewnie na najbliższej komisji lekarskiej lekarz orzecznik bardzo przyjaznej ludziom instytucji, zwanej ZUS – em, stwierdzi, że mamy wspaniałych lekarzy – cudotwórców, którzy doprowadzili mnie do tak świetnej formy fizycznej, że mogę nawet w kamieniołomach pracować.
Zaczęłam, więc szukać pracy zdalnej, ale i w wirtualnej rzeczywistości znalazł się pracodawca, który stwierdził, że praca bez wynagrodzenia za wykonane obowiązki jest czymś jak najbardziej normalnym.


Tak, więc wciąż szukam telepracy, która pozwoliłaby mi rozwijać się, spełniać cele i marzenia…,która pozwoliłaby mi żyć na minimalnym poziomie i uwierzyć, że nie wszyscy, którzy są przy korycie, (tzw. pracodawcy)zachowują się jak świnie, nie ujmując tym zwierzakom. Wysyłam dokumenty aplikacyjne, przeglądam ogłoszenia, umieszczam anonse…


No, właśnie, teraz będzie coś pozytywnego na koniec. Całkiem niedawno odkryłam bardzo fajną stronę, gdzie można nie tylko umieścić swoje ogłoszenie informując cały świat, że poszukujemy pracy, ale np. skorzystać z bezpłatnej porady headhuntera. Kto to taki? Zajrzyjcie na www.hey-ho.pl . Gorąco polecam na zimowe wieczory i nie tylko…Być może tam odnajdzie mnie mój przyszły pracodawca?


A z okazji nadchodzących Świąt życzę wszystkim nieuczciwym pracodawcom, chcącym się wzbogacić na krzywdach i oszustwach oraz wszelkich matactwach, by ten, co przez komin w Wigilię wchodzi po stokroć im te czyny wynagrodził…

10 komentarzy:

  1. Sytuacje, które opisujesz to jeszcze jedna smutna prawda o małości człowieka we współczesnym świecie. Zawsze twierdziłam, że duże pieniądze są dla ludzi silnych psychicznie. Inaczej człowieka zniszczą. Dość powiedzieć, że podobne traktowanie przez pracodawcę znam z autopsji. Prostactwo wymieszane z krętactwem to już klasyka w takich razach, ze o braku poszanowania godności i praw pracownika nie wspomnę.
    Człowiek się czasem łudzi, ze od teraz będzie inaczej - normalnie, ale nie jest. Warto jednak nie rezygnować i szukać dla siebie szansy…Bycie sobą kosztuje – najczęściej jesteśmy sobą, kiedy nam już nie zależy. Wtedy małość ludzka zderza się i konfrontuje ze świadomością siebie. Będąc sobą, człowiek jest w stanie wytrzymać napór, by się nie ugiąć i nie poddać za cenę akceptacji i poklepania po plecach. – Pozdrawiam i wytrwałości życzę

    OdpowiedzUsuń
  2. Niestety, nieprzemyślane socjalne Państwo ze swoim mętnym prawem powoduje, że ludzie pokrzywdzeni (poprzez los, utratę zdrowia) są otaczani przez szumowiny, które więdzą jak na nich zarobić.

    Tak jest w przypadku Zakładach Pracy Chronionej, urzędników PFRON czy chociażby tej Fundacji Helper, której zarząd zeżarł przez kilka miesiecy 3 mln nawiązek na ofiary wypadków.

    Śmiem twierdzić, ze gdyby twórcom prawa zależało na tym, by było ono klarowne, przejrzyste i sprawieliwe to dawno juz by je zmienili. Jednak rączka rączkę myje.

    Dlatego uważam, że po prostu nalezy pomagać sobie wzajemnie i tworzyć własne mechanizmy środowiskowe - bez ogladania się na podejrzanych cwaniaków. Jednak to wymaga aktywności, kreatywności, chęci organizowania się i siły.

    Jest jednak światełko w tunelu, powstaje ustawa (a może powstała już - nie sledziłem tej sprawy) o pozwach zbiorowych. W przypadku jawnej niesprawiedliwości można się skrzyknać, wspólnie wynajac prawnika i spróbować zagonic sukinkota w kozi róg.

    Pani Kornelio (tu do komentatorki) to nie wina szarego Polaka, że szubrawe lisy się tylko przemalowały 20 lat temu i teraz wychowuja kolejne, tak samo etyczne pokolenie. Jeżeli taki gagatek nie jest ścigany, Temida przymyka oko a jeśli juz dojdzie (po 10 latach) do kary, to nie jest ona dotkliwa - to dlaczego takie gnoje mają się nie roić? Prosze spojrzeć w tym kontekscie na kwestię tzw "przedawnienia" zabicia Grzegorza Przemyka i porównać ta sprawę do kłopotów Polańskiego. Obywatele takiego Państwa są szanowani, które samo siebie szanuje.

    Autorko: Bardzo cenny wpis.

    Łażący Łazarz www.antydziad.salon24.pl

    Ps. Jako, że Pani dopiero zaczęła swój blog pozwolę sobie na radę techniczną. Proszę odważniej korzystać z akapitów, wersalików i wytłuszczeń. Będzie się lepiej czytać.

    PsII. Dodaje Pani blog do ulubionych na Salonie24 :-))

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja też pozwolę sobie na sugestię techniczną: link w tekście warto dawać w wersji "klikalnej".

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo dziękuję za ważne dla mnie komentarze oraz cenne rady techniczne. Czekam na kolejne, słowa krytyki jak najbardziej wskazane. Obiecuję poprawę,a wszystko po to, by lepiej się czytało. Post zostawiony bez komentarza jest jak artysta sceniczny pozbawiony publiczności. Z racji, że dopiero raczkuję, proszę mi wybaczyć wszelkie gafy i błędy.

    OdpowiedzUsuń
  5. Droga Gablotko Szkolna. Wersja klikalna linku do mojego blogu pozbawiłaby wartości rankingowej linku, który zamieściłem do "blogu o pracy" na moim blogu.
    tzw linki wzajemne googlarka traktuje jako linki małowartościowe.
    Warto zwracać uwagę na takie niuanse, jeżeli chce się komuś pomóc i wypromować stronę. Pozdrawiam

    Ps. Ancurku (jeżeli moge sie tak do Pani zwracać) brakuje mi merytorycznej reakcji na moje uwagi i Kornelii. Kurde, po prostu wypowiedziałem swoje zdanie i nie wiem co Autorka na to. Zachecam do animacji i moderacji dyskusji ;-)

    OdpowiedzUsuń
  6. Na wstępie bardzo proszę nie zwracać się do mnie per pani. Świat wirtualny pozwala na posługiwanie się nicami bez znamion tykania. Jak w cyberprzestrzeni słyszę Pani Kornelio to czuję się jak ciotka.;) Na imię mam Anna.

    „Pani Kornelio (tu do komentatorki) to nie wina szarego Polaka, że szubrawe lisy się tylko przemalowały 20 lat temu i teraz wychowuja kolejne, tak samo etyczne pokolenie. Jeżeli taki gagatek nie jest ścigany, Temida przymyka oko a jeśli juz dojdzie (po 10 latach) do kary, to nie jest ona dotkliwa - to dlaczego takie gnoje mają się nie roić? Prosze spojrzeć w tym kontekscie na kwestię tzw "przedawnienia" zabicia Grzegorza Przemyka i porównać ta sprawę do kłopotów Polańskiego. Obywatele takiego Państwa są szanowani, które samo siebie szanuje.”

    Chyba nie ogarniam? Nie wydaje mi się by przywoływanie osoby Grzegorza Przemyka i Polańskiego było w tym kontekście właściwe. Zwłaszcza temu pierwszemu należy się szacunek. Politykowanie nie jest moja mocną strona i raczej mierzi mnie całe to towarzystwo wzajemnej adoracji. Mówiąc wprost jestem na to za głupia i chyba już nie chce zmądrzeć. Nie ma, bowiem gorszej rzeczy, brak kręgosłupa i świadomości, do czego mogą prowadzić takie działania.
    Doświadczyłam w swoim życiu rzeczy, których ludzie nie chcieliby doświadczać. Znam historie o wiele ciekawsze od życia p. Polańskiego, dlatego pozwolę sobie nie rozwijać tego tematu. Proszę mnie dobrze zrozumieć. Nie twierdze, ze kwestie, które porusza Łażący Łazarz to sprawy małe czy nie nieistotne. Wolę jednak „dotykać” kwestii, które bezpośredno dotyczą mojej(naszej) codzienności. Tu i teraz, na które chciałabym mieć wpływ. Gdy patrzę za siebie widzę morze ludzi sponiewieranych, udręczonych, których życie straciło sens, bo wszyscy ich olali. (Polecam wiersz Krzysztofa Kamila Baczyńskiego- „Szli tędy ludzie” Myślę, ze będzie w klimacie) Dojrzałość człowieka mierzy się poziomem chęci dzielenia się z innymi, budowaniem fajnych relacji i chęci uczestniczenia w ich życiu. Nie mylić z kółkiem oazowym (Tak mi się przynajmniej wydaje), ale może ja wciąż naiwna jestem? W życiu nas wszystkich zmieniają się okoliczności i my się zmieniamy. Jeden traci pracę, drugi zdrowie a jeszcze inny życie. Są tez ci, którzy na tym zarabiają. Najdrastyczniejszy przykład, jaki mi teraz przychodzi do głowy to „łowcy skór” – na samo wspomnienie ciarki idą po plecach. W pamięci mam żywy obraz człowieka, który nie chciał nawet podjąć próby ratowania chorego, do którego wezwaliśmy karetkę. Powtarzał jak zaczarowany nie podejmując żadnej akcji ratunkowej, ze tu już niczego nie można zrobić. Jedynie wyjście to szpital. Dziękuję Bogu, ze nie pozwoliliśmy zabrać tej osoby do karetki, bo to byłaby jego aleja „do gwiazd” Dodam jeszcze, ze sama zwłoka, na, która pozwolił sobie „lekarz” podchodziła pod paragraf. Trwało to wszystko jakieś 15-20 minut a na łóżku leżał człowiek w śpiączce. Jakie są następstwa niedotlenienia mózgu chyba każdy wie? Lekarz powinien podać dożylnie preparat, który niweluje ten stan, by pacjent był stabilny. Wiedzieliśmy o tym, bo ta sytuacja nie była dla nas czymś nowym. Chęć znoszenia chorega w śpiączce z trzeciego pietra i wiezienia do szpitala, by podać zastrzyk, który można podać na miejscu wzbudziła nasze podejrzenia. Takie działanie było z góry skazane na niepowodzenie i przekreślało szanse chorego na powrót do świata żywych. Pamiętam jak wymusiliśmy na tym „lekarzu”, żeby zrobił to, co powinien zrobić przekraczając próg naszego domu. To było dawno temu, ale obraz w pamięci jest bardzo żywy. Na koniec dodam, ze żadna inna ekipa Łódzkiego Pogotowia Ratunkowego nigdy wcześniej i nigdy później tak nie postępowała. Reakcja była natychmiastowa, profesjonalna i oczywista dla nas wszystkich. Opisuję ten przypadek, ponieważ takie rzeczy należy nazywać po imieniu. c.d >>

    OdpowiedzUsuń
  7. >>Tematy, w których się poruszamy to działania przestępcze. I tak powinny być traktowane. Niestety na dzień dzisiejszy jest tak, ze pod literą prawa można tworzyć obozy pracy i inne hybrydy, który maja na celu złamać człowieka.
    Niepełnosprawność dotyka mnie w sposób bezpośredni i doskonale wiem, z czym muszą borykać się ludzie w podobnej sytuacji. Ostatnie kilka dni spędziłam na „wycieczce” po urzędach, które teoretycznie mają coś do zaproponowania osobom niepełnosprawnym. Za samo wędrowanie powinni mi dąć medal. Sytuacja jest tak absurdalna, ze zwyczajnie brak mi słów na to wszystko. Powiem tylko, ze życzyłabym sobie mieć taka pracę, jaką mają te panie. Zaliczyłam cztery urzędy – w dwóch miałam pogadankę na temat braku funduszy. I, ze może dopiero od kwietnia coś ruszy. „Coś” oznacza kursy, które w moim odczucie mało wnoszą w nasze życie za to sporo ludzi na tym zarabia. Ciekawe, dlaczego ogranicza się kursy na prawo jazdy, które bezpośrednio pomagają ludziom zwiększyć swoje możliwości i dają wiele frajdy kursantowi. Inicjatywa robienia nikomu niepotrzebnych kursów bukieciarstwa itp. wydaje się być wyrzucaniem pieniędzy w błoto. Moja mama skończyła taki kurs – uczestniczyło w nim ok. 30 osób. Pani wykładowczyni uczyła robić stroiki na święta. Szkoda tylko, ze nie uczyła, za co kupić materiał i wynająć lokal na rozkręcenie biznesu. Żadna z osób uczestniczących nie otworzyła kwiaciarni. Czemu mnie to nie dziwi? W trzecim trafiła mi się przymusowa rehabilitacja- wchodzenia po krętych schodach. (Dałam radę!:DDD) . Potem było schodzenie – bez emocji. W czwartym „miła” pani w Urzędzie Pracy pyta się mnie, z jakie powodu przyszłam się zarejestrować. No to jej odpowiedziałam, ze z powodu bezrobocia /LOL!?
    Ja chce mieć taką robotę! Jak ktoś może mi to załatwić to oddam mu pierwsza pensje!
    Dorze by było by o naszym losie nie decydowali ludzie mali, którym wydaje się, ze sa królami życia. Nie wiem, jaka jest na to wszystko recepta i królowa życia nie chce być! Myślę jednak, ze warto być świadomym siebie i tego, co się wokół nas dzieje. Warto nauczyć się mówić głośno – Nie! Dla wielu najlepszym sposobem na życie jest obłuda, dosiebność, pazerność i pogarda dla "inaczej pachnących". Wtedy szczypta goryczy i garść zniechęcenia gdzieś znajduje upust. Pojawiają się pytania jak szukać, budować, tworzyć, by móc cieszyć się życiem? Jak się nie zgubić? Osobiście lubię się czasem zgubić, by ktoś mógł mnie odnaleźć w dużej przenośni - oczywiście.;))

    Ancurku twój pracodawca może jeszcze tego nie wie, ze niemądre jest robienie innym na złość, ale mądrość pozwala nie przejmować się złośliwcami. Jak mnie ktoś chce kopnąć w zadek to robię unik. Z czasem trafi na takiego, co jak mu odda to na księżycu wyląduje. Pamiętaj tez, ze silni ludzie nie muszą w nikogo uderzać. Robią to tylko słabe jednostki. Kciuk im dół! – do napisania.

    OdpowiedzUsuń
  8. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  9. @Łażący Łazarz

    Witam na blogu Ancurka!

    Kurde, kurde;) już jestem i wyrażam się

    Zwrot Ancurku, jak najbardziej mi odpowiada. Będzie lepiej, łatwiej, prościej, milej, a chyba o to w życiu chodzi Również w tym wirtualnym.

    Przepraszam, że moja odpowiedź była tak prostacka, lakoniczna i ogólnikowa. Mam ostatnio baaaardzo dużo pracy, co oczywiście znajduje swoje odbicie na zdrowiu. Dokonując wpisu odpowiedzi na komentarze dostałam krwotoku. Miałam do wyboru skrobnąć parę słów, by komentatorzy wiedzieli, że Ich opinie przeczytałam i pójść się ogarnąć lub rozpisać się, zachlapując przy tym compa krwią…Wybrałam mniej drastyczną wersję pierwszą. Mam nadzieję, że zostanie mi to wybaczone.

    Pamiętajcie, że zdrówko jest najważniejsze!



    A teraz powrót de meritum sprawy, czyli co autor miał na myśli albo raczej, co sądzi o tym, co inni myślą;)

    „Niestety, nieprzemyślane socjalne Państwo ze swoim mętnym prawem powoduje, że ludzie pokrzywdzeni (poprzez los, utratę zdrowia) są otaczani przez szumowiny, które więdzą jak na nich zarobić.”

    Oj mętne jest to nasze prawo, mętne i to bardzo.
    Właśnie, wraz z moim nażyczonym, skończyłam prawie dwuletnią walkę z komornikiem. Momentami byliśmy bez środków do życia, choć przecież w świetle prawa komornik nie może do takiej sytuacji dopuścić, tzn. musi zostać określone minimum na życie. Ale, odwracając kota ogonem, również w świetle prawa, może jednocześnie zająć środki na koncie bankowym, (na które wpływa druga połowa wynagrodzenia za pracę). Bzdura totalna! Było ciężko, bardzo ciężko. Momentami czułam, iż lada moment odejdę od zmysłów, że to ponad moje siły, że „jak Titanic sięgam dna”… Najbardziej bolało, że to wszystko stało się efektem pomocy potrzebującej osobie, na dodatek kilkanaście lat temu. No cóż, kto ma miękki serce, ten musi mieć twardy zadek…

    Oczywiście mogłam złożyć skargę na działania komornicze do sądu, ale za kwotę…100zł. W momencie, gdy ten skurczybyk pozbawił nas całej kasy! Parodia.

    Poza tym „Śmiem twierdzić, ze gdyby twórcom prawa zależało na tym, by było ono klarowne, przejrzyste i sprawieliwe to dawno juz by je zmienili. Jednak rączka rączkę myje.”

    A tak mamy do czynienia z mafią sądowniczo – komorniczą! Dlatego składanie skargi na komornika w sądzie mija się z celem…



    „Dlatego uważam, że po prostu nalezy pomagać sobie wzajemnie i tworzyć własne mechanizmy środowiskowe - bez ogladania się na podejrzanych cwaniaków. Jednak to wymaga aktywności, kreatywności, chęci organizowania się i siły.”

    W pełni popieram, zwarta i gotowa do pospolitego ruszenia, mająca dość obłudnego, zakłamanego systemu, który niszczy tych, co to są na najniższym szczebelku drabiny społecznej.

    Łazarzu, jeśli mogę się tak zwracać, cieszę się, że nie jestem osamotniona w swych poglądach;)

    Twój blog o pracy jest dla mnie wzorem i jednocześnie wysoko ustawioną poprzeczką

    Do tej pory prowadziłam jednego małego przyjemnego bloga, ale widzę, że to była piaskownica, a teraz… wkraczam na salony;)
    No, cóż w takim towarzystwie, jakie się tu pojawiło, to prawdziwa przyjemność

    Dziękuję za komentarze i zapraszam ponownie.

    OdpowiedzUsuń
  10. @Kornelia

    Witam na blogu Ancurka!

    Odnośnie pierwszego komentarza:
    Początkowo nie zgadzałam się ze stwierdzeniem, że

    „duże pieniądze są dla ludzi silnych psychicznie”.

    Uważałam, że są dla wszystkich. Może chciałabym żeby tak było,…ale w tej komicznej i pokręconej rzeczywistości ten pomysł nie przejdzie.

    Niestety życie pokazuje, że jednak jest w tym stwierdzeniu sporo prawdy.
    Przykład? Choćby ludzie trafiający „6” w lotka i staczający się ze szczęścia na samo dno…
    O szumowinach na szczytach różnych życiowych dziedzin, mających problem z nadmiarem pieniędzy i topiących ten kłopot w trunkach kosztowniejszych niż mój miesięczny dochód nie wspomnę.

    „Bycie sobą kosztuje – najczęściej jesteśmy sobą, kiedy nam już nie zależy.”
    Sobą trzeba być zawsze, bez względu na to, ile to kosztuje.



    Odnośnie drugiego komentarza:
    Ja również pochodzę z Łodzi(również mam na imię Anna i także zaliczam się do grona osób niepełnosprawnych),więc doskonale kojarzę aferę związaną z „łowcami skór”.
    Nie ogarniam takich ludzi, zdarzeń…A one dzieją się każdego dnia, tuż obok nas, za ścianą…
    Czasem myślę, że to wszystko po prostu zmierza już tylko ku samozagładzie.
    Ludzi dobrej woli, szczerych, uczciwych, otwartych i chętnych do niesienia pomocy jest tak niewiele, że kiedy los stawia ich na mojej drodze, to przecieram oczy ze zdziwienia i wzruszam się. Autentycznie.


    Co, do wędrówki po urzędach, to już dawno odpuściłam sobie tę przyjemność. Szkoda mi na to moich chorych bioderek (tym bardziej, że wiele instytucji, organizacji etc. dla osób niepełnosprawnych mieści się na wyższym poziomie niż parter).

    A jeśli chodzi o szkolenia, to ja ukończyłam trzy. Jakie? Zapraszam na mój profil na hey – ho
    Szczególnie jeden mi się przydał. Dzięki niemu bardzo polubiłam pracę z komputerem i jestem tu i teraz. Organizowała go bardzo porządna i znana firma. Oprócz świadectwa ukończenia kursu otrzymałam kilka podręczników, które do dziś służą mi pomocą.
    Popieram organizowanie takich kursów, bo nie tylko uczą i rozwijają, ale sprawiają, że niepełnosprawny wychodzi z domu i znajduje się wśród ludzi, co niekiedy dla niego jest ważniejsze niż kwestia edukacyjna.
    Ponadto, jeśli są chętni na np. kurs bukieciarstwa, to w następnym sezonie propozycja takiego szkolenia znów się pojawi. Popyt rodzi podaż.
    Oczywiście nie jest to doskonale zorganizowane, ale fakt, że istnieje można nazwać w naszym państwie sukcesem. Każdy mały gest wykonany w stronę niepełnosprawnych jest plusem dla osoby, organizacji czy instytucji, która go wykonuje.

    Również pozdrawiam, dziekuje za komentarze i zapraszam ponownie:)

    OdpowiedzUsuń