wtorek, 9 lutego 2010

Praca - nasz drugi dom, nasza druga sypialnia?


Mówi się, że miejsce pracy jest naszym drugim domem, ale czy to oznacza, że ma być także drugim łożem?

W moim ostatnim miejscu pracy początkowo pracowałam w charakterze ochroniarza. Otulona w służbowy mundur wyglądałam śmiesznie, a przynajmniej tak mi się wydawało. Tymczasem, wcale nierzadko, słyszałam uwagi o podtekście erotycznym typu: "Kiedyś klepnę cię w ten twój tyłeczek. Może dostanę za to w twarz, ale zrobię to" lub "chciałbym cię zobaczyć nago w wannie pełnej szampana". Niby nic takiego, ale mnie drażniło. Wiedziałam, że czekają na nich w domu żony z obiadem. Oni wiedzieli, że jestem "zajęta". W niczym im to jednak nie przeszkadzało, by oblewać się ślinotokiem.

Jeden z dyrektorów w mojej ówczesnej firmie (jak to zwykle w kadrze zarządzającej bywa, było ich kilku) zawsze, gdy mnie widział, rzucał pod moim adresem dwuznaczne propozycje. Nie bacząc na to, że pracuję z jego córką!

Z czasem awansowałam na recepcjonistkę i służbowy mundur zamieniłam na styl biurowy, co nie oznacza wyuzdany. Czy to, że kobieta dba o siebie i o swój image, stara się zawsze wyglądać schludnie, czysto i przyzwoicie dla facetów jest jednoznaczne z tym, że ma ona ochotę na sex? I to z większością męskiej populacji?
Dobrze, że wśród urządzeń biurowych obok xero, centrali telefonicznej, komputera i maszyny do pisania nie było żadnej gilotyny. No, na upartego mogłaby się przydać niszczarka do dokumentów:)

Kiedyś do prezesa obiektu przyjechał dyrektor konkurencyjnej firmy ochroniarskiej i myślał, że jego propozycja kolacji połączonej ze śniadaniem powali mnie na kolana i sprawi, że przejdę do jego firmy. Kretyn!

Niektórzy naprawdę byli natrętni, obleśni, przerażający i odpychający, choć wiedzieli, że jestem w długoletnim związku i awans przez łóżko naprawdę mnie nie interesuje. Dla mnie zbytnio się to nie rożni od stanięcia na pigalaku.
Najbardziej drażnili mnie ci, o których wiedziałam,że mają żony, partnerki, dzieci. Nie trawiłam kontaktu z nimi i wcale tego nie ukrywałam.

Myślę, że niektórych przed pewnymi czynami powstrzymywała czujna para oczu: kamery i koleżanki - zołzy (oj, ta to miała spojrzenie i język) oraz towarzystwo psa stróżującego.


Ich zachowania i tak były niczym w porównaniu z tym, do czego dopuścił się jeden z moich pierwszych pracodawców.
Miałam wtedy 18 lat i pracowałam jako pomoc szwalni. Rządy w firmie sprawowało pewne małżeństwo, które znacznie poszło mi na rękę, gdyż do pracy przychodziłam...co drugi dzień . W pozostałe chodziłam do szkoły wieczorowej, ale tylko z nazwy, bo zajęcia odbywały się w ciągu dnia.
 Atmosfera w zakładzie była iście sielankowa, zarówno na linii pracownicy - przełożeni, jak i pomiędzy wszystkimi pracusiami. Kiedy interesy szły wyjątkowo dobrze i szefowi udało się podpisać jakiś intratny kontakt, to robił nam niespodzianki w postaci zamówienia pizzy czy frytek. Wypłata była co tydzień. Żyć nie umierać.
Któregoś dnia zostałam w pracy po godzinach, co zresztą bardzo często miało miejsce. Tym razem jednak oprócz mnie był jeszcze tylko mój boss. Wszyscy z mojej zmiany poszli do domu, a do przyjścia następnej pozostało około godziny. Obcinałam nitki przy koszulkach prowadząc jednocześnie rozmowę z szefem, gdy ten nagle podszedł i zaczął mnie dotykać w dość intymnym miejscu. Sparaliżowało mnie. Chciałam krzyczeć, ale bałam się, że to go rozwścieczy i tylko pogorszy moje położenie... Wiedziałam, że jestem sama na terenie zakładu, który był i tak na uboczu. Nawet, gdybym darła się w wniebogłosy, to i tak nikt by mnie nie usłyszał. Spojrzałam na drzwi naprzeciw, których siedziałam. Zawsze były otwarte, ale tym razem zamek był zaryglowany. Nagle rozległ się dźwięk telefonu. Szef podszedł i odebrał. Po rozmowie zorientowałam się, że dyskutuje z żoną. Jak gdyby nic się nie stało! A ja cała drżałam niczym liść na wietrze. Szef szybko skończył rozmowę i znów podszedł do mnie. Stanął za mną. Bardzo blisko. Ścisnęłam mocniej obcinaczki w dłoniach. Gdyby mnie dotknął, gotowa byłam wbić mu je. Gdziekolwiek. Na szczęście już mnie nie dotknął. Tym razem rozległ się dzwonek do drzwi i ktoś zaczął je szarpać. Okazało się, że to pracownik z nocnej zmiany przyszedł wcześniej. Byłam wybawiona! W oka mgnieniu stamtąd zniknęłam. Następnego dnia w asyście taty i brata poszłam zabrać swoje rzeczy. Odbyłam rozmowę z moją przełożoną, a żoną tego obrzydliwego typa. Opowiedziałam jej całe zdarzenie, a z jej oczu płynęły łzy. Odeszłam. Nie umiałam już pracować z tym człowiekiem, nie mogłam na niego patrzeć. 
                            
                    
                                         
                                                        

Miła atmosfera w pracy, to podstawa obok dobrych zarobków. Jednak klepanie "po tyłku", wywalanie języka do pasa i ślinotok na widok koleżanki, to nic przyjemnego dla niej samej.
Każdy z nas lubi słyszeć komplementy, pochwały pod swoim adresem i przebywać w miłym towarzystwie. Podszczypywanie, poklepywanie i monotematyczni erotomani - gawędziarze mają niewiele z tym wspólnego.

Erotyczne wariacje na kserokopiarce mogą być ekscytujące, ale jeśli robi się to z własnym partnerem, a nie z kolegą z pracy(zapominając przy tym o własnym mężu).
Oczywiście piszę to jako (lepsza:)) połowa długoletniego związku.
Bo inna sprawa, jeśli trafi na siebie dwóch singli. Proszę bardzo! Róbta, co chceta. Nawet na biurku prezesa i w zakładowej szatni.Zakładając, że oboje tego chcecie.

Post ten jest odpowiedzią na zbiór myśli nieuczesanych zawartych pod adresem:
http://www.wykop.pl/link/295183/kobiety-oczekuja-w-pracy-molestowania-seksualnego


2 komentarze:

  1. Ancurku, Twój głos jest ważny i wcale nie w opozycji do mojego wpisu (wywołanego do tablicy).
    Spodziewałem się jednak serii postów o takim właśnie charakterze. Wynika on z jednej strony z niezrozumienia intencji (oraz niedokładnego przeczytania) mojej notki oraz odebrania jej (i słusznie) jako prowokacji do dyskusji.

    Zauważ, że takie a nie inne działania Twojego szefa mają znamiona zwykłej próby gwałtu i jako takie powinny być ścigane. Pisałem o tym. Ponadto zachował sie jak zwykły cham i Twój tata oprócz asysty powinien temu chamowi dać po gębie (ja bym tak zrobił).

    Mój tekst był troszkę jednak o czym innym, o tym byśmy pod pretekstem tzw. molestowania nie wylewali dziecka z kapielą w przypadku wszelkich przejawów seksualności w pracy.

    Z całym szacunkiem ale nie Tobie oceniać czy mężatka ma prawo figlować z kolegą z pracy czy nie. To zwyczajnie nie Twoja sprawa. Ważne, czy wszelkie umizgi są robione z klasą i przy aprobacie obu stron. Bo, być może ta mężatka wcale nie jest szczęśliwa w domu, gdzie mąż ją zaniedbuje, poniewiera lub traktuje jako pracownicę kuchni. Dorośli ludzie są sami odpowiedzialni za swoje życie i żadnemu Ancurkowi, Recepcjonistce lub Łazarzowi guzik do tego.

    Pytanie jest inne: czy widząc w pracy elegancką i piekną koleżankę, wypachnioną i w nowej kiecce (powiedzmi midi) mam prawo powiedzieć "ależ Ty pieknie wyglądasz" lub "takie nogi to skarb" czy nie?
    Czy kobieta ma prawo powiedzieć koledze z pracy "witaj przystojniaku" lub puścić mu "oko" czy nie?

    Dla mnie jasne, ze jak ktoś rzuca uwagi tego typu, ze kobieta czuje się urażona to ma ona prawo mu o tym powiedzieć lub w inny sposób wykazać swoje niezadowolenie a on powinien zaprzestać. Jednak co ma do tego praca? Tak samo powinno byc na prywatce, wczasach, w ksiegarni, pociągu i klubie fitnes.

    Kultura obowiązuje wszędzie. Ale dajmy też ludziom szanse sie poznawać, flirtować, zalecać i troszke powygłupiać w pracy. Żeby nie zwariować, znaleźć kogoś, dowartościować się czy nawet zdradzić (czego nie pochwalam, ale zostawiam to kwestii sumienia tych osób). Jestem przeciwnikiem nadregulacji, wszelkiej cenzury zachowań i wszystkich politpoprawnościowych automatów majacych wymusić by ludzie zachowywali się jak automaty. Znałem osobiście bardzo skuteczną prawniczkę która w negocjacjach wykorzystywała wszelkie słabości meskie i atrybuty swojej kobiecości (nie mówie tu o łóżku) i co, nie wolno jej?

    Te nadużycia o których wspominałaś uczą z jednej strony sztuki asertywności, wykuwają charaktery a z drugiej podlegają ściganiu.

    Ja piosałem o tych aspektach które są zbyt delikatną materią by na chama pakować je w ryzy prawne. Nadużycia nie moga być pretekstem do scigania osoby, która jest komplemenciarzem lub erotomanem-gawedziarzem. Kobieta która poczuła sie urażona zawsze może taka osobe sprowadzić do parteru lub poskarżyć się przełożonym. Tak samo gdy kobiety koleżanka z pracy nazwie ja idiotką. Te kwestie powinny zostać w swerze regulacji obyczajowych a nie karnych. Zwłaszcza, że Panie (szczególnie meżatki po 30-tce) lubią "niewinnie" prowokować meżczyzn w taki sposób, że tracą oni pewien rodzaj obojetności.

    Nie uważasz?

    OdpowiedzUsuń
  2. Witam Łażącego Łazarza ponownie w moich skromnych stronach. Szczerze powiedziawszy, spodziewałam się tej wizyty. I równie szczerze powiedziawszy praktycznie zgadzam się z tekstem "wywołanym do tablicy". Jedynie jego tytuł podziałał na mnie jak płachta na byka i właściwie cały mój post odniósł się do niego. No, ale taki właśnie był zamiar Łażącego Łazarza - wzbudzenie kontrowersyjnej dyskusji. Tylko, że kobiety, które choć raz w swym życiu miały styczność z chamskimi zachowaniami i zbyt lepkimi łapami obleśnych typów, dla których słowo molestowanie jest synonimem flirtowania, drżą na dźwięk słowa "molestowanie".

    Wiem, że Autor postu, na który odpowiedziałam nie miał nic złego na myśli. Są to spostrzeżenia normalnego, zdrowego mężczyzny, a przynajmniej taki obraz się wyłania, ale nie mnie to oceniać:)

    Wiem, że chodziło o zdrowe relacje międzyludzkie, bo naprawdę sympatyczniej pracuje się bądź po prostu przebywa w gronie osób umiejących kulturalnie i z poczuciem wysmakowanego humoru funkcjonować. Drobniusieńki flircik, odrobina kokieterii, kilka komplementów, miły uśmiech, ciepłe spojrzenie potrafią rozluźnić atmosferę i rozrzedzić, czasami jakże gęste od problemów dnia codziennego i obowiązków powietrze. Lepiej sobie wzajemnie życie osładzać miłymi gestami i słowami niż zatruwać kąśliwymi uwagami, czy "krzywymi" spojrzeniami.

    Dorośli ludzie wiedzą przecież na co mogą sobie i komuś pozwolić. Znają granice. Problem tkwi w tym, że nie wszyscy. Ludzie czasem przybierają maski, a gdy je zrzucają okazują się potworami. Czasem niektórzy mylnie odczytują też znaki wysyłane przez innych. Potem mówi się, że to kobiety wina, że sama tego chciała, bo...np. miała krótką spódniczkę i zalotnie spojrzała.

    Zawsze uważałam, że skrajne zachowania i postawy mają charakter na dłuższą metę niezdrowy: nadmierna sztywność, ale i pobudliwość również. Trzeba mieć dystans. Czasem warto też zatrzymać się i zastanowić, czy to , co mówimy bądź robimy nie krzywdzi i nie boli innych. Nie wszystkich bawi to samo. Trzeba "wyczuć grunt pod stopami".

    Dżentelmeńskie flirtowanie - tak, molestowanie - NIE!

    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń